
Ratownicy uklękli przy poszkodowanej, sprawdzając oddech, puls i reakcję źrenic. Drugi przygotował kołnierz ortopedyczny.
– Ma oddech i krążenie – powiedział jeden z nich. – Nieprzytomna, uraz głowy, liczne otarcia. Musimy ją natychmiast zabrać.
Cihan opadł na pięty, wciąż będąc tak blisko, że niemal przeszkadzał im pracować.
– Hançer, słyszysz? – mówił znowu, jakby ratownicy, policja, ogień i cały świat były tylko tłem. – Jadę z tobą. Słyszysz? Nigdzie nie pójdę. Będę przy tobie.
Ratownik rzucił mu krótkie spojrzenie.
– Proszę się odsunąć o krok.
Engin położył dłoń na ramieniu przyjaciela.
– Cihan, pozwól im.
Cihan zacisnął powieki, po czym skinął głową. Odsunął się, ale tylko o jeden krok. Nie spuszczał z Hançer wzroku ani na sekundę.
Nosze zaszeleściły w trawie. Ratownicy pracowali sprawnie, spokojnie, profesjonalnie. I właśnie ta spokojna precyzja była teraz najbardziej nieludzka – bo dramat Cihana domagał się krzyku, a oni odpowiadali ciszą rutyny. Lecz może tylko rutyna mogła jeszcze ocalić to, co zostało.
Kiedy unieśli Hançer na nosze, jej ręka opadła bezwładnie na bok. Cihan instynktownie pochwycił ją w swoje dłonie. Była miękka, chłodnawa, bez żadnego uścisku.
– Jestem tutaj – powtórzył, pochylając się nad nią. – Hançer, słyszysz? Wróć do mnie. Proszę.
I wtedy – może to był tylko skurcz mięśni, może drgnięcie spowodowane ruchem noszy, a może cud, którego tak rozpaczliwie potrzebował – wydawało mu się, że jej palce poruszyły się odrobinę w jego dłoni.
Cihan zesztywniał.
– Engin! Widziałeś to? Ona poruszyła ręką!
Ratownik uniósł wzrok znad pasów.
– To możliwe. Proszę zrobić miejsce.
Ale dla Cihana ta jedna chwila stała się wszystkim. Nadzieją. Tlenem. Powodem, by nie oszaleć.
– Słyszała mnie – powiedział cicho. – Ona mnie słyszała.
Engin nie zaprzeczył. Nie miał serca odbierać mu tej iskry światła.
Gdy ratownicy ruszyli z noszami w stronę karetki, Cihan szedł obok jak cień, jak strażnik, jak człowiek związany z nią niewidzialną nicią. Kilka kroków za nimi podążał Engin. Jeszcze dalej policjanci zabezpieczali miejsce wypadku, a na poboczu Beyza siedziała w trawie, coraz bardziej samotna wśród ludzi.
Przy drzwiach ambulansu Cihan odwrócił się jeszcze raz. Jego spojrzenie przesunęło się po płonącym wraku, po policjantach, po Enginie – i w końcu zatrzymało się na Beyzie.
Nie powiedział nic. Nie musiał. W tym jednym spojrzeniu było wszystko: oskarżenie, ból, gniew, pytanie bez odpowiedzi i obietnica, że ta chwila jeszcze powróci. Że kiedy Hançer będzie bezpieczna – jeśli będzie bezpieczna – przyjdzie czas na prawdę.
Beyza spuściła głowę, jakby nie była w stanie unieść ciężaru tego spojrzenia.
Cihan wszedł do karetki. Drzwi zatrzasnęły się głucho. Syrena zawyła.
Ambulans ruszył, unosząc za sobą kurz, echo płaczu i popiół, którego nie dało się już cofnąć.
Na miejscu wypadku pozostał dogasający ogień, rozpacz rozlana po polu i obraz, którego nikt z obecnych nie zapomni: mężczyzna klęczący w trawie, tulący nieprzytomną kobietę tak, jakby od siły tego uścisku zależało istnienie świata.
Bo czasem prawdziwa katastrofa nie zaczyna się w chwili uderzenia.
Zaczyna się wtedy, gdy człowiek po raz pierwszy widzi ukochaną osobę nieruchomą, cichą, bezbronną – i rozumie, że cały jego gniew, duma i niedopowiedzenia są niczym wobec jednego błagania: zostań.
I właśnie z tym błaganiem w sercu Cihan odjechał wraz z Hançer ku niepewności, która była straszniejsza niż sam ogień.